Na początek, dla zaspokojenia pierwszego głodu i w odpowiedzi na dość liczne pozytywne reakcje na te propozycję bloga, zamieszczam tekst trochę odbiegający formą od tego co zapowiadałem - bo to artykuł napisany do naszego werbistowskiego "Misjonarza", więc trochę "poważny" - ale powstały w efekcie jednej z moich pierwszych "podróży służbowych" - było to w listopadzie 2014, a podróż była do Ghany i Togo.
Artykuł ukazał się w marcowym numerze "Misjonarza" z roku 2015. Ale tutaj będzie więcej zdjęć, bo w "Misjonarzu" nie wszystkie się zmieściły... ;)
Będąc w Togo w ramach działalności Katolickiej Federacji
Biblijnej, miałem okazję odwiedzenia osobliwej misji prowadzonej
przez polskiego werbistę, ojca Władysława Dybasia. Znajduje się
ona mniej więcej 20 kilometrów na północ od Domu Prowincjalnego
SVD w Lomé. Dotarcie do misji zajmuje grubo ponad godzinę, gdyż
jedynie pierwsze 5 km jest wyasfaltowane, pozostałe zaś 15
kilometrów to gliniana wyboista droga, która w porze deszczowej
zamienia się w grząską, trudną do przejechania ślizgawkę.
Ojciec Władek żartuje, że codzienne przemierzenie tej trasy to
wspaniały masaż nerek i kręgosłupa.
Nad całym terenem misji, która rozciąga się na przestrzeni 5
hektarów, króluje rozłożysty baobab. Dlatego też nazwałem tę
misję “misja pod baobabem” - ojciec Władek nie protestował.
Misja pod baobabem jest misją niecodzienną. Próżno szukać na
niej kaplicy, nikt nie zbiera się tu na modlitwę - nie biorąc pod
uwagę prywatnych pacierzy Ojca Władka szeptanych w cieniu palmy -
nie ma tu też żadnej regularnej katechezy…
Znajdziemy tu natomiast… chlewnię, trzy kurniki, wiatę ze
sprzętem rolniczym, ciągnik, studnię, wierzę ciśnień własnej
roboty, mały domek dla pracowników z
pokojem/kuchnią/magazynem/warsztatem ojca Władka i… muzułmanina
z rodziną zatrudnionego przez ojca Władka do sprawowania pieczy nad
tym majątkiem. No i największy skarb tej misji - 5 hektarów gruntu
rolnego okraszone palmami kokosowymi, z rozłożystym baobabem w
centrum. Placówka misyjna ojca Władysława to… farma
rolno-hodowlana.
Z czego żyją misjonarze…
Na różnego rodzaju spotkaniach misyjnych bardzo często pojawia
się pytanie o codzienne życie misjonarzy - z czego się utrzymują,
co jedzą, skąd biorą pieniądze na swoją działalność misyjną…
W początkowych etapach działalności misyjnej Zgromadzenia Słowa
Bożego cała działalność misyjna finansowana była z Europy a
później także ze Stanów Zjednoczonych. Wszystkie materiały
budowlane, całe wyposażenie misji przesyłane były statkami z
Europy i Ameryki do placówek misyjnych na całym świecie. Jeszcze
do niedawna, każdy polski werbista, który wyjeżdżał na misje
dostawał kilka dużych metalowych skrzyń, które wypełniał
wszystkim, co mogło być przydatne na misjach - od ubrania, przez
różnego rodzaju narzędzia, aż do najbardziej skomplikowanych
urządzeń.
Dzisiaj rzeczywistość ta wygląda już zupełnie inaczej.
Wprawdzie nadal jeszcze organizowane są akcje pomocy w celu
zakupienia specjalistycznych urządzeń potrzebnych w placówkach
misyjnych - sprzęt medyczny do szpitali w Angoli i na Nowej Gwinei,
samochód ciężarowy do Angoli, silniki do łodzi misyjnych w
Kolumbii czy na Nowej Gwinei - większość jednak innych rzeczy
codziennego użytku misjonarze mogą już kupić na miejscu. Dlatego
też akcje pomocy misjom coraz częściej przybierają formę zbiórek
pieniędzy, które następnie przekazywane są misjonarzom do
wykorzystania według ich potrzeb i uznania.
W ostatnich jednak latach w naszym Zgromadzeniu kładziony jest
coraz większy nacisk na konieczność samofinansowania się naszych
prowincji, określanych jeszcze do niedawna jako “misyjne”.
Wynika to nie tylko z faktu, że niestety z roku na rok coraz mniej
pieniędzy wpływa z różnego rodzaju akcji misyjnych, lecz przede
wszystkim z coraz świadomiej odczuwanej potrzeby dostosowania stylu
życia misjonarzy do lokalnych warunków ekonomicznych. Nie neguje to
jednak potrzeby pomocy finansowej z zewnątrz i dawania swoistego
rodzaju świadectwa solidarności i gospodarności praktykowanej we
wspólnotach misyjnych. Coraz więcej prowincji zaczyna jednak szukać
własnych, lokalnych źródeł utrzymania.
Maniok nasz codzienny...
Zwiedzanie farmy zaczynamy od pierwszego kurnika, w którym kwili
ponad setka młodych ledwo co opierzonych kurczaków i pogdakuje
około dwudziestu kur niosek. W kolejnych dwóch kurnikach… czarne
kaczki (na Śląsku zwane “flugami”). Kaczek jest niewiele,
zaledwie pięćdziesiąt, gdyż zdziesiątkowała je ostatnio dziwna
epidemia, która zaatakowała misyjna farmę ojca Władysława.
Dlatego teraz na farmie zachowywane są ścisłe rygory higieny -
przed wejściem do pomieszczeń zamieszkiwanych przez kaczki
zanurzamy podeszwy naszego obuwia w specjalnym płynie
dezynfekującym. Przyznać trzeba, że kaczki mieszkają w iście
luksusowych warunkach - ostatnio dostały do użytku specjalne dla
nich wylany z betonu basem, w którym będą teraz mogły do woli
używać kąpieli.
Wychodzimy z kurnika i przechodząc pod rozłożystym baobabem
docieramy na drugi kraniec farmy, do “blondynek”, jak żartobliwie
określa ojciec Władek swoją hodowlę świń. Znowu zanurzamy
podeszwy butów w płynie dezynfekującym i wchodzimy do wnętrza
chlewni. Czyste klatki, zbudowane według najnowszych zasad hodowli
bezściółkowej, wypełnione warchlakami i maciorami. W ostatnim
“apartamencie” zamieszkuje dorodny knur, a na przeciw niego…
trzy owce - zalążek nowego projektu hodowlanego. Połowa klatek w
chlewni jest pusta - “bo spadła ostatnio podaż na świnie”,
wyjaśnia misjonarz-farmer.
Wychodząc z chlewni zagłębiamy się w
grunty uprawne. “Tu pieprz”, czyli piekielnie ostra papryka, “tam
maniok, dalej groch, a tam aż do eukaliptusów orzeszki ziemne” -
wyjaśnia ojciec Władek wskazując na prawo i lewo. Gdy pytam czy
wszystko dla świń, dowiaduję się, że świnie żyją głównie na
odpadach z browaru a prawie cała produkcja rolna idzie na sprzedaż.

W drodze “na pokoje”, czyli do budynku gospodarczego, przechodzimy obok kilku czysto utrzymanych grządek, a na nich… dorodna sałata, świeżo wzeszła marchew i malutkie pomidory - “to na codzienne spożycie w naszym Black Hous’ie”, czyli Domu Prowincjalnym (ojciec Władek jest jedynym białym we wspólnocie).
Pod koniec wizyty na farmie pytam o plany na przyszłość - “wiele;
przede wszystkim zbiornik z woda trzeba podnieść 5 metrów wyżej,
by było większe ciśnienie potrzebne do podlewania kropelkowego,
nowy ciągnik by się przydał, sprzętu do uprawy ziemi trzeba
dokupić, wiatę dobudować, by sprzęt nie rdzewiał”…
Przed zachodem słońca wracamy do Lomé zabierając ze sobą pełen
koszyk świeżej sałaty i pół bagażnika manioku. Wieczorem
dołączają do nas ojcowie Mirek Wołodko, Marek Pogorzelski i
Wojtek Minta i udajemy się w polskim gronie do nowo otwartej
włoskiej restauracji. Gdy my wszyscy delektujemy się pizzą, ojciec
Władek wyszukuje właściciela restauracji i oferuje mu swoje
kurczaki, kaczki i świeżą, zdrową wieprzowinę. “Interes musi
się rozwijać, bo prowincja musi z czegoś żyć” - odpowiada, gdy
zarzucamy mu nadgorliwość.
Następnego dnia ja wrócę do Europy, ojciec Mirek do swoich Biblii
i filmów, ojcowie Marek i Wojtek do swoich parafii a ojciec Władek…
do swojej “misji pod baobabem”.














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz