środa, 7 września 2016

Misja pod baobabem

Na początek, dla zaspokojenia pierwszego głodu i w odpowiedzi na dość liczne pozytywne reakcje na te propozycję bloga, zamieszczam tekst trochę odbiegający formą od tego co zapowiadałem - bo to artykuł napisany do naszego werbistowskiego "Misjonarza", więc trochę "poważny" - ale powstały w efekcie jednej z moich pierwszych "podróży służbowych" - było to w listopadzie 2014, a podróż była do Ghany i Togo.
Artykuł ukazał się w marcowym numerze "Misjonarza" z roku 2015. Ale tutaj będzie więcej zdjęć, bo w "Misjonarzu" nie wszystkie się zmieściły... ;)
No to jedziemy do Togo!

-------------------------------------------------------------

Będąc w Togo w ramach działalności Katolickiej Federacji Biblijnej, miałem okazję odwiedzenia osobliwej misji prowadzonej przez polskiego werbistę, ojca Władysława Dybasia. Znajduje się ona mniej więcej 20 kilometrów na północ od Domu Prowincjalnego SVD w Lomé. Dotarcie do misji zajmuje grubo ponad godzinę, gdyż jedynie pierwsze 5 km jest wyasfaltowane, pozostałe zaś 15 kilometrów to gliniana wyboista droga, która w porze deszczowej zamienia się w grząską, trudną do przejechania ślizgawkę. Ojciec Władek żartuje, że codzienne przemierzenie tej trasy to wspaniały masaż nerek i kręgosłupa.
Nad całym terenem misji, która rozciąga się na przestrzeni 5 hektarów, króluje rozłożysty baobab. Dlatego też nazwałem tę misję “misja pod baobabem” - ojciec Władek nie protestował.


Misja pod baobabem jest misją niecodzienną. Próżno szukać na niej kaplicy, nikt nie zbiera się tu na modlitwę - nie biorąc pod uwagę prywatnych pacierzy Ojca Władka szeptanych w cieniu palmy - nie ma tu też żadnej regularnej katechezy…
Znajdziemy tu natomiast… chlewnię, trzy kurniki, wiatę ze sprzętem rolniczym, ciągnik, studnię, wierzę ciśnień własnej roboty, mały domek dla pracowników z pokojem/kuchnią/magazynem/warsztatem ojca Władka i… muzułmanina z rodziną zatrudnionego przez ojca Władka do sprawowania pieczy nad tym majątkiem. No i największy skarb tej misji - 5 hektarów gruntu rolnego okraszone palmami kokosowymi, z rozłożystym baobabem w centrum. Placówka misyjna ojca Władysława to… farma rolno-hodowlana.




Z czego żyją misjonarze…
Na różnego rodzaju spotkaniach misyjnych bardzo często pojawia się pytanie o codzienne życie misjonarzy - z czego się utrzymują, co jedzą, skąd biorą pieniądze na swoją działalność misyjną…
W początkowych etapach działalności misyjnej Zgromadzenia Słowa Bożego cała działalność misyjna finansowana była z Europy a później także ze Stanów Zjednoczonych. Wszystkie materiały budowlane, całe wyposażenie misji przesyłane były statkami z Europy i Ameryki do placówek misyjnych na całym świecie. Jeszcze do niedawna, każdy polski werbista, który wyjeżdżał na misje dostawał kilka dużych metalowych skrzyń, które wypełniał wszystkim, co mogło być przydatne na misjach - od ubrania, przez różnego rodzaju narzędzia, aż do najbardziej skomplikowanych urządzeń.
Dzisiaj rzeczywistość ta wygląda już zupełnie inaczej. Wprawdzie nadal jeszcze organizowane są akcje pomocy w celu zakupienia specjalistycznych urządzeń potrzebnych w placówkach misyjnych - sprzęt medyczny do szpitali w Angoli i na Nowej Gwinei, samochód ciężarowy do Angoli, silniki do łodzi misyjnych w Kolumbii czy na Nowej Gwinei - większość jednak innych rzeczy codziennego użytku misjonarze mogą już kupić na miejscu. Dlatego też akcje pomocy misjom coraz częściej przybierają formę zbiórek pieniędzy, które następnie przekazywane są misjonarzom do wykorzystania według ich potrzeb i uznania.
W ostatnich jednak latach w naszym Zgromadzeniu kładziony jest coraz większy nacisk na konieczność samofinansowania się naszych prowincji, określanych jeszcze do niedawna jako “misyjne”. Wynika to nie tylko z faktu, że niestety z roku na rok coraz mniej pieniędzy wpływa z różnego rodzaju akcji misyjnych, lecz przede wszystkim z coraz świadomiej odczuwanej potrzeby dostosowania stylu życia misjonarzy do lokalnych warunków ekonomicznych. Nie neguje to jednak potrzeby pomocy finansowej z zewnątrz i dawania swoistego rodzaju świadectwa solidarności i gospodarności praktykowanej we wspólnotach misyjnych. Coraz więcej prowincji zaczyna jednak szukać własnych, lokalnych źródeł utrzymania.

Maniok nasz codzienny...
Zwiedzanie farmy zaczynamy od pierwszego kurnika, w którym kwili ponad setka młodych ledwo co opierzonych kurczaków i pogdakuje około dwudziestu kur niosek. W kolejnych dwóch kurnikach… czarne kaczki (na Śląsku zwane “flugami”). Kaczek jest niewiele, zaledwie pięćdziesiąt, gdyż zdziesiątkowała je ostatnio dziwna epidemia, która zaatakowała misyjna farmę ojca Władysława. Dlatego teraz na farmie zachowywane są ścisłe rygory higieny - przed wejściem do pomieszczeń zamieszkiwanych przez kaczki zanurzamy podeszwy naszego obuwia w specjalnym płynie dezynfekującym. Przyznać trzeba, że kaczki mieszkają w iście luksusowych warunkach - ostatnio dostały do użytku specjalne dla nich wylany z betonu basem, w którym będą teraz mogły do woli używać kąpieli.





Wychodzimy z kurnika i przechodząc pod rozłożystym baobabem docieramy na drugi kraniec farmy, do “blondynek”, jak żartobliwie określa ojciec Władek swoją hodowlę świń. Znowu zanurzamy podeszwy butów w płynie dezynfekującym i wchodzimy do wnętrza chlewni. Czyste klatki, zbudowane według najnowszych zasad hodowli bezściółkowej, wypełnione warchlakami i maciorami. W ostatnim “apartamencie” zamieszkuje dorodny knur, a na przeciw niego… trzy owce - zalążek nowego projektu hodowlanego. Połowa klatek w chlewni jest pusta - “bo spadła ostatnio podaż na świnie”, wyjaśnia misjonarz-farmer. 




Wychodząc z chlewni zagłębiamy się w grunty uprawne. “Tu pieprz”, czyli piekielnie ostra papryka, “tam maniok, dalej groch, a tam aż do eukaliptusów orzeszki ziemne” - wyjaśnia ojciec Władek wskazując na prawo i lewo. Gdy pytam czy wszystko dla świń, dowiaduję się, że świnie żyją głównie na odpadach z browaru a prawie cała produkcja rolna idzie na sprzedaż. 







W drodze “na pokoje”, czyli do budynku gospodarczego, przechodzimy obok kilku czysto utrzymanych grządek, a na nich… dorodna sałata, świeżo wzeszła marchew i malutkie pomidory - “to na codzienne spożycie w naszym Black Hous’ie”, czyli Domu Prowincjalnym (ojciec Władek jest jedynym białym we wspólnocie).

Pod koniec wizyty na farmie pytam o plany na przyszłość - “wiele; przede wszystkim zbiornik z woda trzeba podnieść 5 metrów wyżej, by było większe ciśnienie potrzebne do podlewania kropelkowego, nowy ciągnik by się przydał, sprzętu do uprawy ziemi trzeba dokupić, wiatę dobudować, by sprzęt nie rdzewiał”…



Przed zachodem słońca wracamy do Lomé zabierając ze sobą pełen koszyk świeżej sałaty i pół bagażnika manioku. Wieczorem dołączają do nas ojcowie Mirek Wołodko, Marek Pogorzelski i Wojtek Minta i udajemy się w polskim gronie do nowo otwartej włoskiej restauracji. Gdy my wszyscy delektujemy się pizzą, ojciec Władek wyszukuje właściciela restauracji i oferuje mu swoje kurczaki, kaczki i świeżą, zdrową wieprzowinę. “Interes musi się rozwijać, bo prowincja musi z czegoś żyć” - odpowiada, gdy zarzucamy mu nadgorliwość.




 Następnego dnia ja wrócę do Europy, ojciec Mirek do swoich Biblii i filmów, ojcowie Marek i Wojtek do swoich parafii a ojciec Władek… do swojej “misji pod baobabem”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz